26 lutego 2010

Powoli, powoli

... jak żółw ociężale, ... zaczęłam prace nad różaną nakładką.
Pierwotny plan zakładał, że powstanie duży obrus- ale cena lnianego płótna jest dość wysoka, więc ta koncepcja, póki co, się "nieco" zmieniła... Dalej robiłam przymiarki na bieżnik, taki 50 x 80, ale tu z kolei strach mnie jakiś ogarnął na myśl, że tam tak dużo pracy...
Z tego wszystkiego, mój ambitny plan, kończy się obecnie na małej serwetce - nakładce na obrus. I mam nadzieję, że w efekcie finalnym nie będzie to wyglądało najgorzej...

Na serwetkę mam, co prawda przygotowany pewien różany wzór, ale to chyba jeszcze nie do końca to, o czym głęboko w głowie myślę. I nadal wertując kolejne strony internetowe szukam tego jednego wzoru. Szukam i ciągle mam wrażenie, że szukam wiatru w polu, bo nigdzie nie mogę znaleźć tego czegoś z wyobraźni. A przecież tyle schematów na krzyżykowe róże się przed moimi oczami przewinęło... Ale żaden dotąd nie był tym, czego szukam...

Może zanim zabiorę się za wyszywanie, uda mi się jakimś sposobem dotrzeć do wzoru z małymi, angielskimi różyczkami w kolorze niebieskim...

A tak poza tym, zrealizowałam też i drugie pragnienie związane z filiżankami. Mam dzbanuszek! I choć nie jest z tego samego kompletu, to chyba nieźle się prezentuje przy tych filiżankach...


Ania

23 lutego 2010

Ruszam od nowa

Nakręciłam się na nową robótkę - bieżnik konkretnie.

W sobotę udało mi się upolować cztery cudniusie filiżanki z bawarskiej porcelany. Piątą kupiłam dawno temu, ale była bez spodeczka.Teraz mam i filiżanki i talerzyki do nich. I to za jak przystępną cenę...

Filiżanki mają piękne angielskie róże w kolorze kolbaltu, albo jak kto woli china blue. A może i w jednym i w drugim odcieniu. Tak czy inaczej są fantastyczne i idealnie wpasowują się w kolory królujące w kuchni.

Pijąc w jednej z nich, w niedzielne popołudnie kawę, stwierdziłam, że do szczęścia oprócz porcelanowego dzbanka, brakuje mi także serwety w takie róże koloru ultramaryny... No i się zaczęło. Wlazłam zaraz, rzecz jasna, na strony internetowe i przegrzebałam znaczną ich część w poszukiwaniu odpowiedniego wzoru. Nie jest to wcale takie proste, jak mogłoby się wydawać. A i owszem, jest bardzo dużo wzorów z różami, ale niestety nie takie jakich ja potrzebuję...

Kolejnym krokiem była wyprawa po sklepach w poszukiwaniu tkaniny nadającej się na obrus. Z tym też były pewne trudności. Szukałam tkaniny, na której będzie się dobrze krzyżykowało, ale jednocześnie w moim zamyśle miał by to być materiał, który będzie dobrze wyglądał na stole.

Koniec końców kupiłam obrusowy biały len. Jak znajdę róże takie, jakie sobie wymyśliłam, to zacznę dziergać...

Ania

17 lutego 2010

Aaa, kotki dwa...

Radio przypomina od rana, że dziś swoje święto obchodzą koty.

Koty to zwierzęta wyjątkowe, które mają duży wpływ na nasze życie. I są zawsze tam, gdzie są ludzie. Koty to takie pieszczochy uwielbiane przez dzieci, ale i przez dorosłych także. Koty pojawiają się w naszym życiu bardzo wcześnie, bo już w okresie dzieciństwa słyszymy kołysankę o pewnych milusińskich kotkach. Nieco później dochodzą do tego książeczki z obrazkami kotków i bajki animowane o "Kocie w butach" i "Przygody Kota Filemona", a od kilku lat znamy również słynnego kota z filmu "Shrek".

Głaskanie mięciutkiego, gęstego futerka i słuchanie zadowolonego mruczenia ma w sobie jakąś siłę terapeutyczną. Wycisza i uspokaja. Poza tym niesamowita w kotach jest ta tajemniczość i to, że nie można go tak naprawdę poznać do końca...

Koty są lekiem na wiele dolegliwości, zwłaszcza tych związanych z naszym nastrojem. Są na świecie miejsca, gdzie oficjalnie koty pomagają w terapii i leczeniu ludzi. W końcu, nie od dziś wiadomo, że kontakt ze zwierzętami pozytywnie wpływa na naszą psychikę. Poprawiają nastrój i powodują, że ludzie nie czują się samotni.
Badania dowodzą, że przebywanie w towarzystwie kota pomaga w obniżeniu ciśnienia krwi, zmniejsza poziom cholesterolu we krwi, obniżając jednocześnie ryzyko wystąpienia chorób układu krążenia i chorób serca. Najlepsze efekty kocioterapia, profesjonalnie nazywana felinoterapią odnosi jednak w schorzeniach nerwicowych.

Sama parę lat temu miałam kota, zwykłego dachowca. Niby taki zwykły, a jednak bardzo niezwykły. Znalazłam go na ulicy i zabrałam do domu. Wcale nie był już taki malutki, ale nie miał domu... Pamiętam, że rodzice nie byli zachwyceni obecnością kota w domu. Ale czego się nie robi dla kochanego dziecka... Poza tym kot też się wtedy popisał i nieco mamie i tacie podlizał. Jak już zabrałam go do domu, to pamiętam że mama powiedziała, żebym wpuściła go do piwnicy. Tak też zrobiłam. Po około pół godzinie, kot wrócił do domu z upolowaną myszą. Widząc to rodzice pozwolili, by został naszym nowym członkiem rodziny. Kot, bo tak się ten pieszczoch nazywał, był z nami wiele lat. Wszyscy go uwielbiali, bo nie był natrętny jak inne koty. Nie łaził po szafkach i stołach. Wprost przeciwnie, znał swoje miejsce w szeregu, czym sobie ciągle zyskiwał. Lubił tulić się do dzieciaków, kiedy były jeszcze malutkie (z wzajemnością oczywiście). Nawet, kiedy był już bardzo stary i tracił węch i wzrok, był bardzo spokojny,wyrozumiały i cierpliwy...

Był naprawdę niesamowity. Nie znam innego tak fantastycznego kota....

Teraz mam mojego goldenka, nie oddałabym go, ani zamieniła za nic w świecie. Ale kota też bym chciała. Niestety, Dawid ma uczulenie na koty. I choć ja uznaję zasadę, że alergia na zwierzęta kończy się podczas przebywania z nimi, to jednak w tym przypadku muszę się dostosować do poglądów reszty współlokatorów.

I jeszcze jedna refleksja, o której chciałam napisać już dawno. Obserwując różne blogi dotyczące oczywiście twórczości rękodzielniczej (w większym, bądź mniejszym stopniu), zauważyłam pewną prawidłowość. Otóż właściciele, a raczej właścicielki tychże blogów są też posiadaczkami- opiekunami futrzastych pupili. Nawet kiedyś w myślach podzieliłam blogi na dwie grupy.Pierwsza to blogi, gdzie królują koty, w drugiej są oczywiście psiaki. Nie oceniam która z tych grup jest lepsza, silniejsza- myślę, że nie jest to ważne. W końcu to od nas samych zależy, które zwierzątko jest nam bliższe i w towarzystwie, którego czujemy się lepiej...

Na koniec, podsumowując, w to kocie święto, pamiętajmy o kotach, zwłaszcza tych, które potrzebują naszej pomocy. Pamiętajmy o nich zwłaszcza zimą, kiedy o jedzenie i ciepłe schronienie trudno. No i nie zapominajmy o pozostałych zwierzętach, które są zależne od dobrej woli człowieka...

Ania

W śniegu cały świat


Większość ludzi marudzi, widząc co się dzieje za oknami.Mi się podoba. Lubię, mimo wszystko zimę. Jest piękna, zwłaszcza ta w lesie i na uboczu, gdzie ludzie nie pędzą do sklepu, do pracy, na autobus. Śliczny jest tam śnieg, taki puszysty, gładziutki, bajkowy...


Wczoraj po pracy wybrałam się z dzieciakami, mamą i psem na sanki. Nie powiem, że chciało mi się ruszać pupę z cieplutkiego domu, ale moi nastoletni siostrzeńcy strasznie marudzili. No to poszliśmy... I było warto. Na górce nie było nikogo, bo podlaskie ferie dawno sie skończyły, a normalne dzieci po szkole siadają do lekcji. Więc cała przestrzeń Górki Haka była nasza.

Najpierw zjeżdzały oczywiście dzieci- bo taki ich przywilej. Dzieci i pies... Kando najwyraźniej nie mógł oprzeć się dziwnej zabawie z sankami. Ładował się na dzieciaki, a innym razem próbował pomóc sankom w jeździe w dół. Było pełno śmiechów, chichów i tarzania się w śniegu. Na górce były takie miejsca, gdzie śnieg sięgał prawie do pasa. A jak się po nim szło, to ugniatał się tak bardzo, że ciężko było utrzymać równowagę. Biedny pies, aż nie dał rady biegać za uciekającą Magdą i Dawidem. Ale było naprawdę super. Nawet mama kilka razy zjechała na sankach. Taka babcia to prawdziwy skarb!



Ja też pozwoliłam sobie wrócić myślami do czasu z przed paru lat. Sanki i robienie orłów na śniegu daje naprawdę ogrom radości, nie tylko dzieciom...


Po takich zabawach wróciliśmy całkowicie przemarznięci i przemoczeni. Jednak ciepła herbata z cytryną i miodem oraz radość podczas oglądania zdjęć postawiła nas na nogi.

I jak tu, przy takich warunkach nie lubić śnieżnej zimy?
Gorąco polecam taką formę spędzania czasu



Ania

11 lutego 2010

Pączkowo


Tłusty czwartek, to i tłusto wokół. Podobno już o 8 rano w niektórych sklepach nie było pączków. Całe szczęście, że ja mam wspaniałą mamę. Mama już wczoraj posmażyła całe kopce pączuszków. Jedne były z makiem, inne z marmoladą, dla każdego coś dobrego. Gorące były oczywiście najlepsze i wraz z zimnym mlekiem szybko znikały z patery. Zostało oczywiście jeszcze trochę na dzisiejsze obżarstwo...

A wczoraj w wielkim pośpiechu zrobiłam karteczkę urodzinową dla koleżanki z pracy. Podkreślam- w pośpiechu- i z weną twórczą nie mogłam się nijak zsynchronizować. Wyszło jak wyszło. Następnym razem będzie znacznie lepiej :) Zdjęcie też fatalne, ale robione telefonem, więc nie ma się czemu dziwić.



Życzę bardzo tłustego czwartku!

Ania

8 lutego 2010

Coraz lepiej

Sobota i niedziela postawiły mnie trochę na nogi. Nareszcie zregenerowałam siły! Długo czekałam na taki moment...
Aż sama się sobie dziwię, że tak wiele rzeczy udało mi się w weekend zrobić.

Wyszywałam wykrój kostiumu, na który z taką tęsknotą czekałam. I byłam bardzo zaskoczona, że tak szybciutko mi się tworzy. Pozmieniałam kolory nici, a na dokładkę pomieszałam kolory spódnicy z kolorami na kostiumie i wyszedł mi zupełnie inny obrazek niż w oryginale. Ale myślę, że absolutnie nie mam na co narzekać. Taki podoba mi się równie mocno.

Choć do tłustego czwartku zostało jeszcze trochę czasu, my robiliśmy w niedziele faworki. Wyszły bardzo dobre i znikały w mgnieniu oka. Ponieważ chrust wyszedł dość tłusty, później trzeba było nieco pomóc żołądkowi. Do takich zadań najbardziej nadaje się herbata miętowa, bądź kawa z dodatkiem listków mięty. Ja wybrałam drugą opcję.


A na koniec obowiązkowy spacer. Dni są coraz dłuższe, więc zabraliśmy psa, kijki i ruszyliśmy w głąb lasu. Wybawiłam się z Dawidem i Kandem na śniegu za wszystkie czasy. Miałam radochę jak małe dziecko, robiąc na gładziutkim śniegu orły, czy jak kto woli anioły. Taka ponad dwugodzinna wyprawa męczy fizycznie, ale psychicznie uspokaja. Polecam wszystkim:)

Aż che się żyć...

Ania

5 lutego 2010

Ja też mam


Od dawna planowałam zrobienie własnych metek. Miałam w głowie swoje logo. Nie potrafiłam tylko przełożyć tego na program komputerowy- czyli word, w którym bądź, co bądź czuję się pewnie, albo jakiś inny podobny. Koniec końców, zmobilizowałam się jakoś... i coś tam mi wyszło. Nie jest to chyba jeszcze ostateczna wersja mojego "znaku firmowego", ale jestem na dobrej drodze. Póki co, tak może zostać.


Jak chyba dla większości blogowiczek, inspiracją i dla mnie był blog Patchwork Pottery. To fajna sprawa móc "trwale" oznaczyć coś co zrobiło się samemu.


Tym samym jedna część planu kiełkującego od dawna w głowie została wykonana. Druga dojrzewa do pełnej realizacji- mam tu na myśli pieczątkę. I znowu to samo- mam obraz uształtowany w wyobraźni, ale z realizacją stoję w miejscu. Na razie.


Ania

Na śniegu


Dawid na podwórku wykorzystując ostatnie dni ferii, zrobił całe mnóstwo zdjęć dla mojego pieseczka. Zdjęcia są na tyle piękniutkie, że postanowiłam się w imieniu mojego siostrzeńca nimi pochwalić. To one:


Ania

4 lutego 2010

Kawa po rosyjsku

Chodzi za mną od tygodnia kawa z wkładeczką. Taka na poprawę humoru w zimowe popołudnia. Przypomniał mi się przepis na kawę po rosyjsku. Oczywiście istnieje kilka wersji tego specjału. Ja preferuję taki:

Składniki:

  • 4 czubate łyżeczki kawy mielonej
  • kilka łyżeczek wódki
  • 25 ml czerwonego wytrawnego wina
  • cukier do smaku

Kawę parzymy w ekspresie nisko lub wysokociśnieniowym (ja mam niskociśnieniowy- i taki polecam). Gotową kawę należy przelać do rondelka, wlać wino, dodać cukier (według uznania). Mieszając od czasu do czasu zagotować. Na koniec dodać wódkę. Następnie gorącą kawę rozlać do filiżanek i natychmiast podać.

Ania

3 lutego 2010

Znalazłam

Znalazłam moją klejonkę i zabrałam się od razu za robotę.

Kanwa jest, to muliny zabrakło. Poprzeliczałam sobie nici DMC na Ariadnę, ale nadal mam braki Jutro jadę na zakupy:) Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu zacznę wyszywać ten kostiumik.


Ania