30 maja 2013

Święto

Oj, należy mi się bura. I to porządna. Za moment będzie czerwiec, a na moim blogu nadal króluje lutowa data. Na tłumaczenie nawet brakuje słów. Dlatego nie będę się usprawiedliwiać. Nie było mnie i tyle. Szczerze liczę na to, że teraz uda mi się częściej coś napisać.
Przez czas mojej blogowej nieobecności, twórczo nie zdziałałam za wiele. Coś tam jednak stworzyłam. Nawet porobiłam kilka zdjęć, które zresztą próbowałam umieścić na moich "przyjemnościach". Bo wierzcie bądź nie, ale co najmniej ze trzy razy starałam się sklecić jakiegoś sensownego posta. Za każdym razem wrzucałam je tylko w wersje robocze. Teraz już się trochę zdezaktualizowały i nie ma sensu ich trzymać. Ale zdjęcia moich porządków i działań niebawem pokażę.
Dziś jednak świętuję i świątecznie nie robię nic. Po powrocie z procesji rozsiadłam się przy zimnej frappe w ogrodzie. Wypuściłam na trawę mój zwierzyniec i błogo się z nimi lenię. Nie mówiłam wcześniej, bo nie było okazji. Ten mój futrzasty dobytek rozrósł się o jedno stworzenie. W "spadku" dostał mi się królik. Śmieszny zwierzak. Powoli udaje nam się ze sobą dogadać, chociaż bywa różnie.
Nigdy wcześniej nie miałam tego typu zwierzaka i nie chciałam mieć, bo jednak wolę futrzaki, które nie załatwiają swoich potrzeb w domu i z którymi jest mi się łatwiej porozumieć.
Okazało się jednak, że króliki też nie są takie głupiutkie. Można znaleźć jakieś porozumienie. Mój królik nazywany był dotychczas Tygrysem, z racji swojego umaszczenia. I rzeczywiście ma fajne trójkolorowe futerko. I jest mega mięciutki. Ja go nazywam Maluszkiem, bo w porównaniu z Kandem poprostu jest mały.
W okresie letnim królik mieszka sobie w klatce na podwórku. A ponieważ tam nie ma, aż tak dużo miejsca, to kilkakrotnie odważyłam sie wypuścić go do ogrodu. Na początku miałam pietra, bo pomyślałam, że jak mi mała gadzina zwieje, to za nic go nie złapię. Ale okazało się, że ten maly typek nie jest taki głupi. Biega sobie owszem po trawie i między zagonami, i rabatami z kwiatami, ale też jak male dziecko pilnuje sie nóg. Czasem wyglada to bardzo śmiesznie. Kiedy się za nim idzie to zwiewa w podskokach, a jak idzie się w drugą stronę to biegnie za nogami. Tak samo robi z Kandem. Kiedy pies go zaczepia to daje dyla i chowa się. Jednak kiedy Kando się nim nie interesuje, to sam podchodzi, żeby go pozaczepiać. Widać, że chłopaki się między sobą dogadują. A Kando w razie potrzeby pomaga mi złapać Malucha. Dziś jednak królik po relaksie na zielonej trawce, sam postanowił wrócić do swojego domku, oszczedzając mi gimnastyki zwiazanej z łapaniem.
Rozpisałam się dziś wyjątkowo. Pewnie dlatego, że o moich zwierzakach mogłabym gadać godzinami. Może to nie do końca normalne, ale do póki nie miałam Kanda, tak nie było. Zresztą powiem Wam, że do momentu, kiedy ludzie nie mają swojego zwierzaka, takie gadańie traktują z przymrużeniem oka. Wszystko się zmienia, kiedy takie małe stworzenie staje sie domownikiem. Wierzcie mi, że tak jest, widziałam to u wielu osób.
Nie będę dziś więcej przynudzać. Przy najbliższej, nadarzającej się okazji pokażę Wam zdjęcia Kanda i Maluszka, bo na dziś nie naładowałam baterii i fotek nie napstrykalam. Postaram sie szybko nadrobić zaległości. Wkońcu lato dopiero przed nami i bedzie na to jeszcze nie jedna okazja.

Trzymajcie się, wszyscy zaglądający do "przyjemności"
Ania