19 listopada 2011

Trochę słońca potrzebuję...

Jesienne, szare i bure dni zupełnie mi nie służą. Z resztą pewnie nie jestem jedyną osobą, która nie potrafi odnaleźć się o tej porze roku. Szarówka trwająca cały dzień i niesamowicie szybko zapadający zmrok, naprawdę mogą doprowadzić do rozpaczy. A wystarczyłoby troszeczkę promieni słońca...
 W poprzednim poście pisałam o magnesach, dziś pokażę Wam słoneczniki z poduszek. To tak, w ramach wspomnień i tęsknoty za latem, słońcem i żółtym kolorem.

Widokiem tych kwiatków zachłysnęłam się przeglądając jedną z gazet robótkowych. To była moja ulubiona, tworzona wówczas przez Annę Burdę- "Anna". Stamtąd też pochodził wzór. Swoją drogą, strasznie żałuję, że "Anna" nie jest już wydawana. To był naprawdę interesujący miesięcznik, po który warto było biec do kiosku. Niestety, krótko po śmierci włascicielki gazety i ona sama zniknęła z punktów sprzedaży...
A we wspomnieniach zostały wesołe słoneczniki:






Życzę słonecznych dni
Ania

13 listopada 2011

Kiedyś

Na razie nic nowego nie robię. Nie szyję, nie wyszywam, nie dekupażuję. Nic, nie robię nic. I trochę mnie to męczy, bo tak właściwie, to miałabym czym się zająć, ale tak jakoś nie wychodzi. Jednak perspektywa długiej zimy przed nami, daje nadzieję, że może nie będzie w tym temacie tak źle...

Z powodu tego ostatniego zastoju, pomyślałam sobie, że to dobry moment, by pokazać rzeczy zrobione jeszcze przed utworzeniem bloga. Bo dotąd się tak jakoś nie składało.

Zacznę od lodówkowych magnesów.Zawsze miałam skłonności do robienia rzeczy jednak bardziej praktycznych niż tylko ozdobnych. I kiedy te dwa określenia się ze sobą pokrywały, to było już całkiem dobrze.

Tak właśnie było z magnesami... Oj, staruteńkie są. Właśnie uświadomiłam sobie, że mają już ponad 10 lat!!! Nie do wiary, jak ten czas ucieka. I pomyśleć, że pomimo zakurzenia wciąż cieszą wszystkich kolorami i kształtami. I doskonale spełniają swoją funkcję, mocno przyciskając kartki z informacjami do lodówki.



Magnesy wyszywane były na plastikowej kanwie i podklejane kolorowymi kartonikami. Największy kłopot, jak pamiętam, miałam wówczas z mocowaniem kawałków magnesu. Nie znałam jeszcze klejów, które dostępne są dziś. Choć możliwe, że teraz zrobiłabym je tym samym sposobem, bo klej był super. Wtedy kleiłam prawie wszystko klejem krawieckim, który nabiera siły pod wpływem ciepła. W związku z tym magnesy musiałam długo i namiętnie prasować. Myślę, że się jednak opłacało. Żaden się przez minioną dekadę przecież nie rozwalił:)




Ania

6 listopada 2011

Dotarły wreszcie

I wreszcie ja pojawiłam się na blogu. Nie było to łatwe, ale jestem :)

Prawda jest taka, że zupełnie nie umiem radzić sobie z czasem. Podziwiam ludzi, którzy wokół mnie, mając naprawdę ogrom obowiązków, potrafią w ciągu doby zrobić mnóstwo rzeczy- robią to wszystko chyba na raz. Mi, do niedawna wydawało się, że też jestem w stanie wiele spraw ogarnąć i dużo zrobić. I tylko mi się wydawało... A z tym blogiem to jest trochę tak, ze po całym dniu przy komputerze, naprawdę nie mam ani weny, ani chęci, żeby wytężać wzrok także w domu. Nie oznacza to, że moje pasje całkiem odsuwam w kąt. Coś tam jednak robię...

Dziś korzystając z wolnego wieczoru, pokażę jak wyszły metryczki. Zabawę z nimi zaczęłam dawno, dawno temu. Warto jednak było podłubać się trochę nad nimi. Myślę, że wyszły bardzo dobrze. Podobno przypadły też do gustu obdarowanym, co cieszy mnie jeszcze bardziej.


To co z mojej pracy wyszło pokazuję poniżej. 
Oprawiony obrazek dla Krzysia:
Bałam się, że zaproponowane czerwone pass-partu zniszczy cały efekt obrazka. Że będzie po prostu za czerwono i za pstro. Obawy okazały się niepotrzebne. Faktycznie, jak powiedział pan od oprawiania, że będzie dobrze, to i jest dobrze. Zdjęcia robione komórką nie oddają niestety rzeczywistych barw, a szkoda bo fajnie to wszystko gra ze sobą.
 


 I słodziuchna metryczka Natalii:
 Naprawdę rozbraja mnie i ten cudniutki miś z puchatymi łapkami i śpiący króliczek.


  


I jeszcze te pastelowe kolorki. prawdziwe dziecięce klimaty. I tak powinno być. W końcu to ma być dla dziecka, a nie dla nastolatka czy tym bardziej- staruszka. Dzieci lubią kolory, zwłaszcza te łatwo rozpoznawalne.



Metryczka Natalii dostała niebieskie tło. To tak pod napisy. W sumie myślę, że mogło tu być coś żółtego. Niestety dostępna paleta barw nie dopasowała się do odcienia, który miałam w głowie. No tak, czy inaczej z obu obrazków i ich oprawy jestem zadowolona.
Wierzę, że przez kolejne lata dzieciństwa metryczki będą cieszyły i stworzą w główkach tych dzieciaczków przestrzeń do wyobraźni, by te wszystkie misie ożyły w opowiadanych bajkach.   


Ania