29 lipca 2013

Maleństwo

W ostatnich dniach wydziergałam cieniowaną nicią taki mały drobiazg. Niby nic, a cieszy. Pomyślałam, że tym razem zrobię coś z monogramem, bo jest przecież tyle pięknych wzorów z czcionkami.
Wyszyłam najpierw jedną stronę tej maleńkiej poduszeczki. Okazało się wówczas, że fajne schematy na litery są, ale w znacznie większych rozmiarach. Mi zależało na zrobieniu możliwie jak najmniejszego haftu.
Dlatego wzorując się na konkretnych szablonach rozrysowałam literę "A" po swojemu. Wyszło, co wyszło i jest mi z tym dobrze.



Na koniec obie strony połączyłam prościutkim ściegiem, który, choć nie widać tego na zdjęciach, daje wrażenie drobniutkiej koronki.  Straszna ze mnie samochwała, ale naprawdę bardzo podoba mi się ta moja dłubanina. A do tego, jak mnie to haftowanie odstresowuje i "natycha"... Polecam to wszystkim jako zabiegi relaksacyjne :)




Ania

25 lipca 2013

Zbuzowało...

Piszę tego posta od dawna i napisać nie mogę. Jakoś nie kleją mi się ostatnio myśli i słowa. Po prostu buzuje mnie w środku... Ale nie o moich rozmyślaniach miał być ten wpis, a o buzie. 

Wspominałam już w któryś z wcześniejszych postów o tym białostockim napoju. Jak już mówiłam nazywany jest on "buzą". Smakuje nietypowo. Ma szampańskie bąbelki, trochę przypomina, ze względu na używane drożdże- podpiwek, trochę zaś kwas chlebowy. Nie jest jednak ani jednym, ani drugim. Buza jest fermentującym od drożdży i cukru napojem. Jego podstawę tworzy kasza jaglana.
Do Białegostoku, jak niesie wieść, buza trafila za sprawą imigrantów z Macedonii, którzy upodobali sobie właśnie to miasto. Wraz z nimi do miasta przywędrowały balkańskie tradycje kulinarne. 
Internetowe wieści niosą, że buza zwana na bałkanach bozą jest robiona w zależności od regionów z różnych zbóż. Przede wszystkim do jej produkcji wykorzystuje się kukurydzę, ale również pszenicę, proso, żyto i jęczmień. Swojego czasu była tam też bardzo popularna, obecnie, z tego co czytam wynika, że podobnie jak u nas kwas chlebowy, spadła na dalszy plan.
Wracając jednak do dawnego Bialegostoku- buza była sprzedawana na Rynku w lokalu prowadzonym przez Macedończyków. Jak już kiedyś mówiłam, moi dziadkowie chętnie robili niedzielne wypady na ten napój. Jak dobrze pamiętam zarówno jako para narzeczonych, ale i po ślubie. Napój ten musiał być dla mieszkańców Białegostoku i okolic bardzo wyjątkowy, skoro tak dobrze starsi białostoczanie go wspominają. 
Na stronach internetowych znalazłam zdjęcia "Cukierni Buzna". Pozwoliłam sobie i mam nadzieję, że nikt mnie za to nie zetnie, wkleić zdjęcia tego lokalu. Tam, jak wskazuje nazwa, serwowany był ten napój wraz z kawałkiem słodkiej chałwy.


Pomysł na zrobienie własnej buzy chodził za mna od dawna, może nawet od wczesnego dzieciństwa. W głowie tkwiły mi opowiadania babci o tamtych przyjemnych momentach. To wszystko potęgowało moją potrzebę poznania tego specyfiku. W pewnym momencie, nawet zdawało mi się, że pojęcie buzy i to co, za nim idzie przeszło już do historii.  Babcia tłumaczyła, że tamtej cukierni od dawna nie ma i prawdopodobnie przepis się nie zachował, skoro nikt buzy nie robi. Jednak, pomimo tego nie umiałam zapomnieć o buzie. Dziś, w dobie wszechobecnego internetu odnalezienie przepisu na buzę nie jest takie trudne. Przyznam jednak, że jeszcze ze trzy lata temu googlowa wyszukiwarka na hasło "buza" odpowiadała: "podana fraza nie zostala odnaleziona". Ale się jednak doczekałam. O buzie zrobiło się znowu gwarno. Ktoś coś powiedzial, ktoś inny sobie przypomniał... I slusznie, bo trzeba sięgać do korzeni i czerpać z tego, co dobre.
Wracając jednak do tematu, udało mi się zaleźć przepis na ten musujący płyn. Najpierw jeden, a po dluższym czasie kolejne. Prześledziłam je z każdej strony i postanowiłam spróbować wytworzyć ten specyfik. Skorzystalam z tego oraz tego przepisu. Połączylam je trochę ze sobą i wyszło mi coś. Najgorsze w tym calym tworzeniu buzy było gotowanie kaszy, bo kasza, jak to kasza lubi się przypalać. Jakoś jednak poszło. Gotowy płyn poprzelewałam do patentowych butelek i zostawiłam, żeby się wszystko "przegryzło".
Zostawiłam, a jakże, ale nie na dobę, jak powinnam była zrobić, ale na dwie i to jeszcze w te ostatnie upały. No i mi zbuzowało. Jedna z butelek pod ciśnieniem poszła w powietrze. Dobrze, że nikogo nie było blisko skrzynki z butelkami, bo mogło się to skończyć nieciekawie. I dobrze, że mi dziury w suficie nie wyrwało, bo plamy i szkło były wszędzie.
No cóż moja wina, bo powinnam była w odpowiednim momencie wynieść butelki do piwnicy, ale zawsze mądry Polak po szkodzie. 

Niemniej jednak buza wyszła bardzo dobra. Wyjęta prosto z lodówki momentalnie gasi pragnienie. Jest wedlug mnie znacznie lepsza niż te wszelkie sklepowe napoje gazowane i jest przede wszystkim zdrowsza. Zawiera witaminy A, B, C, E oraz żelazo i pozytywnie wpływa na pracę organizmu. Niestety, ma pewien mały minus (albo i nie:) ), otóż tak buzując trafia całkiem nieźle w głowę. Niby nic, ale jednak ma niewielką zawartość alkoholu. No cóż, taki urok buzy...


Więc, jeśli smakuje Wam kwas chlebowy, to myślę, że i buzę polubicie. Oczywiście z kawałkiem chałwy, jak w dawnej białostockiej "Buznie", o której mówiła babcia.

Ania