25 grudnia 2014

Radosnych Świąt!

 Na początek:
Życzę wszystkim nastrojowych i kolorowych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych.


W tym roku aura niezbyt świąteczna, zamiast bieli wokół widać tylko szare kałuże, a na spacer zamiast śniegowców na na nogi zakładam kalosze.
Ponieważ tej bieli mi gdzieś zabrakło, to przy okazji nasza choinka dostała nowe ubranko. Takie i trochę białe i prawie koronkowe. To też dlatego, że przeglądając w ubiegłym roku twórcze blogi, zakochałam się w dzierganych bombkach. Nie mogłam sobie odmówić spróbowania sił w takim rzemiośle. No i stało się. Zrobiłam sobie prezent mikołajkowy i zamówiłam pudła szklanych bombek i odpowiednich farbek. A potem ruszyłam do obrabiania tych delikatnych kul i nie tylko.


Pierwsze próby nie dawały oczekiwanego efektu. Z kolejną bombką ręka mi się rozkręcała i wreszcie jakoś poszło. Do pierwszych malowanych bombek wracałam jeszcze kilkakrotnie, aż się udało coś sensownego sklecić. Do ideału jeszcze daleko, ale jest dobrze.  A między innymi taki efekt w pewnym momencie  uzyskałam:
 

I jeszcze w temacie Świąt. Nasze dzieci są już dorosłymi ludźmi, a niestety w moim domu nie ma kolejnych maluchów, które rozpakowując wyczekiwane prezenty swoim śmiechem i radością zarażają wszystkich wokół. Słabe to porównanie, ale jest za to pocieszny pies:) Tak się złożyło, że  podczas wczorajszego wieczoru ten to pies, też dostał prezent. Kando otrzymał nowego misia. Och, co to była za radość! Aż miło było się znaleźć w jego towarzystwie i patrzeć na te jego szaleństwa. Biegał, skakał, wygłupiał się- słowo daje- jak małe dziecko, aż wreszcie zmęczony zasnął w towarzystwie starego, podartego i nowiuśkiego misia. I tak to w efekcie wyglądało:)


I na koniec przesyłam jeszcze jedno zdjęcie, któremu nie mogłam się oprzeć. I tak spod lśniącej lampkami choinki  przesyłamy pozdrowienia. Trzymajcie się cieplutko.
Ania

7 grudnia 2014

Pomikołajkowo

Leciutka reaktywacja bloga. Minęło wiele czasu od ostatniego wpisu. A to wszystko dlatego, że nie było czego Wam pokazać. Chorowałam na jakąś NIEMOC twórczą. Nie wiem czy już sie z tego wyleczyłam, ale delikatnie coś drgnęło.

Mikołajkowe święto już za nami, a pomimo wszechogarniających świątecznych dekoracji przeszło tak jakoś mimo chodem. Może spowodowane jest to tym, że wszyscy jesteśmy silnie zabiegani, a może to raczej aura nie sprzyja świętowaniu, no i dzieci już jakieś "za duże".
Nawet w lesie, gdzie śniegu powinno być dużo, widać podróbkę zimy. Zamiast trzeszczącego pod butami puchu, tylko zbrylony piach.


Postanowilam napisać dziś post, ponieważ mam do pokazania taką małą świąteczną dekorację. Zrobiłam ją zupełnie nic nie planując. Podczas wizyty w sklepie "gdzie jest wszystko" w oczy wlazł mi styropianowy stożek w dobrej cenie. Tuż za nim w pudełeczku leżały tasiemki w rolkach, w jeszcze lepszych cenach.  Jeszcze przed wizytą przy kasie pomyślałam o karczochowych bombkach koleżanki. No i się namówiłam na zakup.
Po powrocie do domu przegrzebałam szufladę w poszukiwaniu starych szpileczek i jeszcze tak na gorąco ruszyłam do dzieła. Dziobania miałam na dwa wieczory. Tasiemki zużylam dwa razy wiecej niż zakładałam, ale było warto. Powstała około 30-sto centymetrowa choinka. Co prawda wygląda bardziej jak spódniczka baletnicy, ale jest dobrze, zawsze to jakaś odmiana. Nie jest to typowa karczochowa choinka. Postanowiłam zrobić jej nieco dłuższe igiełki.

 Zrobiłam zdjęcia, niestety nie oddają one wdzięku panny choinki. Nie ma wiec wyjścia, musicie uwierzyć mi na słowo, że wyszła całkiem fajnie.

Pozdrowienia wszystkim zaglądajcym
Ania

1 lipca 2014

Pies i jego dzień

 

Ze strony Kalbi.pl przeczytałam, że Dzień Psa jest właściwie nowym świętem ustanowionym zaledwie kilka lat temu z inicjatywy czasopisma „Przyjaciel Pies”. Ma ono na celu "oddanie hołdu najlepszemu przyjacielowi człowieka i promowanie akcji mających na celu pomoc psom bezdomnym i potrzebującym. Minęło kilkanaście tysięcy lat od czasu udomowienia czworonogów, dlatego trudno byłoby im przetrwać bez pomocy człowieka. Niestety, bardzo często to właśnie człowiek stanowi dla nich największe zagrożenie, traktując je jako tymczasową maskotkę, a w skrajnych przypadkach nawet jak worek treningowy. W całym kraju działa wiele organizacji na rzecz psów, dla których każdy dzień w roku jest ciężką walką o lepszy los wszystkich kundlów (...) Nie oznacza to wcale, że musimy czcić psy (...) Wystarczy zadbać o to, by na co dzień miały powody do merdania."(Źródło: kalbi.pl/dzien-psa)

 I na koniec mój "król (prawie) lew" :)


26 czerwca 2014

W ósmy dzień

Nie widać mnie i nie słychać, ale jestem:)

Dziś, jak co roku, w tydzień po Bożym Ciele święcone były w kościele wianuszki. W związku z tym, pędem ruszyłam z pracy do domu, by z pachnących ziółek upleść małe kółeczka. Zadanie miałam nieco ułatwione, bo w tak zwanym "międzyczasie" mama przyciągnęła ze spaceru po lesie odpowiednią ilość kwiecia.

Bardzo lubię ten dzień i tą uroczystość. To pewnie przez wspomnienia dzieciństwa, kiedy to z babcią w popołudniowym słońcu siadałyśmy na ganku i kręcąc wianki rozmawiałyśmy. Błogie czasy i fajna babcia:) Dziś jednak, też było miło- zielona trawka, ławeczka, mama ze swieżą dostawą ploteczek :) i pies grzejący stopy. Jest dobrze...

Kierując się tym sentymentem postanowiłam pokazać na blogu moje dzisiejsze plecionki. Zapachu nie da się co prawda przekazać przez monitor, ale możecie sobie wyobrazić połączenie świeżej mięty, białej oraz czerwonej koniczyny, grzmotnika i macierzanki. Ach, lubię takie zapachy...

A to wybrane dwa zdjęcia z dzisiejszej sesji:)

.


To dziś na tyle. Pozdrawiam
Ania

15 maja 2014

Pół roku później...

... no, prawie pół :) Przyznaję szczerze, że bardzo szybko mija mi czas. Naprawdę nie mam pojęcia jak to się dzieję, ale dosłownie jak za pstryknięciem w palce, pory roku przeskakują jedna w drugą. Mam wrażenie, że przed chwilą była zima, a tu, na dworze już wiosna w pełni. Jabłonki dawno obsypały białe kwiaty, a ogród pokrył się ferią barw.
Nie robię wpisów na blogu, bo i pisać, i pokazywać nie mam praktycznie co. Wiekszość wolnego- popracowego czasu spędzam poza domem,a to na spacerze z Kandem, a to na zumbowych zajęciach oraz na rowerze. Od ponad pół roku jestem wprost zakochana w zumbie. Nagle odkryłam w sobie potrzebę uprawiania sportu. Taki wysiłek dostarcza mi sporą dawkę endorfin, a przede wszystkim regeneruje mój organizm. I chyba tego mi  trzeba. Jednak z mojego nowego "stylu życia" wynikają pewne wady: nie starcza mi już czasu i brakuje ochoty na kreatywne, manualne działania.

O, żesz Ty! Właśnie przypomniałam sobie, że dokładnie 5 lat temu po raz pierwszy zrobiłam wpis na moim blogu. Sprawdziłam data się zgadza. Ale numer- piąte urodziny! Tyle się przez ten czas działo, tyle wydarzyło- nowi ludzie, nowe sytuacje, nowe pomysły i tylko stare, znane emocje. Ale..., a co- z tej okazji życzę sobie i wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają Wszystkiego Najlepszego i więcej czasu na pozytywne działania:)

Teraz, to jestem "natchniona". Może wkrótce, wraz z dłuższym dniem znajdę w sobie troszkę większą motywację do haftowania, dziergania, dekupażowania i majsterkowania. W końcu jeszcze wszystko przede mną:)

Pozdrawiam wraz z uśmiechniętą i pachnącą wiosną
Ania

31 grudnia 2013

źródło: www.stylowi.pl


Na 2014 Rok życzę sobie i Wam
ZDROWIA- które pozwala przetrwać najgorsze,
PRACY- która pomaga żyć,
UŚMIECHU bliskich i nieznajomych- które pozwalają lżej oddychać,
SZCZĘŚCIA- które niejednokrotnie ocala życie...

Ania

13 września 2013

Siąpi, pada, a nawet leje

Pogoda nie jest pocieszająca i skłania tylko do zaszycia się pod kocykiem. Na dokładkę od tygodnia siedzę w domu z uszkodzoną ręką. I denerwuję się okropnie, bo nie mogę ani wyszywać, ani zrobić porządku w moich szafkach, które o taką interwencję błagają. A ja siedzę i wariuję, bo tak z drugiej strony, ile można w betach się wylegiwać?

Choć nie powiem przychodziły, zwłaszcza na początku takie chwile, kiedy dom zapadał w całkowitą ciszę, Kando obok spokojnie spał, a ja miałam ten czas wyłącznie dla siebie. Zrobiłam nawet zdjęcie mojej psince, bo nie mogłam się oprzeć temu widokowi.  Tak właśnie wpływa na nas pogoda:)

 Miałam czas też trochę poczytać. Wiem, że nie ma się czym chwalić, ale jakoś tak z rzadka zaglądam do książek. Nie żebym ich nie lubiła. Z książkami mam tak jakoś, że jak się do nich nie wezmę, to mnie nic szczególnie nie boli, ale jak najdzie mnie faza to czytam bez opanowania. I tak było tym razem.

Korzystając z okazji, mogę pokazać zakładkę do książki, którą kiedyś wydziobałam. Niby nic w niej szczególnego, ale bardzo się przydaje.




 No i tyle by było z mojej radości, bo dziś rano zakładkę zgubiłam. Jak? Otóż miałam dziś wizytę u lekarza w sprawie tej mojej ręki. Nauczona doświadczeniem poprzednich wizyt i wielogodzinnym czekaniem wśród tłumu, wzięłam ze sobą książkę z tą zakładką. Na moje nieszczęście, wysiadając z samochodu, jakoś tak zabrakło mi rąk. Pewnie wówczas, gdzieś mi się ta błyskotka zsunęła. No cóż, tak bywa, choć jest mi jej po prostu szkoda. Nic to, nic, kiedyś pewnie będzie inna, może lepsza, i też przeczyta ze mną ludzkie historie...



A na korytarzu się wcale nie nudziłam, bo kobieta w kolejce za mną rozśmieszała mnie do łez. A i pan chirurg okazał się niezłym ciasteczkiem :) Wracać tam jednak więcej nie chce. I sobie, i wszystkim życzę na tę okoliczność dużo zdrowia :

Trzymajcie się
Ania

2 września 2013

Pokazuję z lekkim opóźnieniem

Mamy już wrzesień, nie wiem naprawdę kiedy wszystko tak szybko minęło. Niedawno udało mi się skończyć igielnik, ale to "niedawno" to było bardzo dawno. Bo gotową poduszeczkę miałam już w połowie sierpnia. Minęły w ekspresowym tempie całe dwa tygodnie. Gdzie i kiedy?


 Igielnik jak powiedziałam został skończony. Cieszy mnie efekt końcowy i wielkość biscornu, bo dotychczas miałam znacznie mniejsze poduszeczki. A ta rzuca się w oczy i trudno będzie zapodziać ją w stercie kartek, nici i tkanin, które piętrzą się jak coś wyszywam.


Mówiłam już wcześniej ze wzorem zachwyciłam się już dawno przeglądając internet. Szukałam, szukałam i znalazłam blog, w którym pokazywana była ta inspirująca mnie poduszeczka. Prawdę mówiac, prototyp nadal podoba mi się bardziej niż moja kopia. Nie wiem może to kwestia koloru, a może sposobu i kierunku haftowania. No sama nie wiem. Tu jest link do postu z fioletowym biscornu. Sami zobaczcie- jakie jest piękne.
Do mojego różowego kompletu zrobiłam kilka szpilek z ozdobnymi główkami. Pomysłem na nie też zachłysnęłam się, jak to zwykle bywa przez przypadek. Rewelacji to może nie ma, jednak na własny użytek w zupełności mi różane szpileczki wystarczają. I jak na pierwszy raz myślę, że jest dobrze.


Buziaki
Ania

10 sierpnia 2013

Bardzo powoli

Na kilka chwil siadam każdego dnia i probuję wyszyć to biscornu. Idzie mi to jednak, jakby chcialo i nie mogło. Cieszylam się rozpoczynajac ten haft, bo ogromne wrażenie robiła na mnie cieniowana mulina i wzór motyli. Jednak szycie każdorazowo całego krzyżyka doprowadzało mnie do furii. Prawda jest taka, że jestem leniem i brak mi cierpliwości. Co za tym idzie, staram się, jak tylko można ułatwiać sobie życie. Dlatego, zazwyczaj wyszywam jakiś fragment danym kolorem w jedną stronę, a później wracam szyjąc w drugą. Z cieniowanymi nićmi się tak nie da. No chyba, że chce się uzyskać efekt melanżu. Mi w każdym bądź razie na tym nie zależało, dlatego wyszywałam każdy krzyżyk z osobna.
 

Po wyhaftowaniu jednego kwadracika, miałam już serdecznie dość. I znowu idąc na łatwiznę, wymyślilam schemat na spód poduszeczki. Nie zapiera może tchu, ale mi odpowiada i mam dużą nadzieję, że po zszyciu obu części to wszystko się ze sobą dobrze zgra.

 
Na tym dziś wpis kończę i idę na karmelowe latte, bo po niebie ciągną ciemne chmury i chyba niosą spadek ciśnienia. Dobrego popołudnia
Ania

29 lipca 2013

Maleństwo

W ostatnich dniach wydziergałam cieniowaną nicią taki mały drobiazg. Niby nic, a cieszy. Pomyślałam, że tym razem zrobię coś z monogramem, bo jest przecież tyle pięknych wzorów z czcionkami.
Wyszyłam najpierw jedną stronę tej maleńkiej poduszeczki. Okazało się wówczas, że fajne schematy na litery są, ale w znacznie większych rozmiarach. Mi zależało na zrobieniu możliwie jak najmniejszego haftu.
Dlatego wzorując się na konkretnych szablonach rozrysowałam literę "A" po swojemu. Wyszło, co wyszło i jest mi z tym dobrze.



Na koniec obie strony połączyłam prościutkim ściegiem, który, choć nie widać tego na zdjęciach, daje wrażenie drobniutkiej koronki.  Straszna ze mnie samochwała, ale naprawdę bardzo podoba mi się ta moja dłubanina. A do tego, jak mnie to haftowanie odstresowuje i "natycha"... Polecam to wszystkim jako zabiegi relaksacyjne :)




Ania

25 lipca 2013

Zbuzowało...

Piszę tego posta od dawna i napisać nie mogę. Jakoś nie kleją mi się ostatnio myśli i słowa. Po prostu buzuje mnie w środku... Ale nie o moich rozmyślaniach miał być ten wpis, a o buzie. 

Wspominałam już w któryś z wcześniejszych postów o tym białostockim napoju. Jak już mówiłam nazywany jest on "buzą". Smakuje nietypowo. Ma szampańskie bąbelki, trochę przypomina, ze względu na używane drożdże- podpiwek, trochę zaś kwas chlebowy. Nie jest jednak ani jednym, ani drugim. Buza jest fermentującym od drożdży i cukru napojem. Jego podstawę tworzy kasza jaglana.
Do Białegostoku, jak niesie wieść, buza trafila za sprawą imigrantów z Macedonii, którzy upodobali sobie właśnie to miasto. Wraz z nimi do miasta przywędrowały balkańskie tradycje kulinarne. 
Internetowe wieści niosą, że buza zwana na bałkanach bozą jest robiona w zależności od regionów z różnych zbóż. Przede wszystkim do jej produkcji wykorzystuje się kukurydzę, ale również pszenicę, proso, żyto i jęczmień. Swojego czasu była tam też bardzo popularna, obecnie, z tego co czytam wynika, że podobnie jak u nas kwas chlebowy, spadła na dalszy plan.
Wracając jednak do dawnego Bialegostoku- buza była sprzedawana na Rynku w lokalu prowadzonym przez Macedończyków. Jak już kiedyś mówiłam, moi dziadkowie chętnie robili niedzielne wypady na ten napój. Jak dobrze pamiętam zarówno jako para narzeczonych, ale i po ślubie. Napój ten musiał być dla mieszkańców Białegostoku i okolic bardzo wyjątkowy, skoro tak dobrze starsi białostoczanie go wspominają. 
Na stronach internetowych znalazłam zdjęcia "Cukierni Buzna". Pozwoliłam sobie i mam nadzieję, że nikt mnie za to nie zetnie, wkleić zdjęcia tego lokalu. Tam, jak wskazuje nazwa, serwowany był ten napój wraz z kawałkiem słodkiej chałwy.


Pomysł na zrobienie własnej buzy chodził za mna od dawna, może nawet od wczesnego dzieciństwa. W głowie tkwiły mi opowiadania babci o tamtych przyjemnych momentach. To wszystko potęgowało moją potrzebę poznania tego specyfiku. W pewnym momencie, nawet zdawało mi się, że pojęcie buzy i to co, za nim idzie przeszło już do historii.  Babcia tłumaczyła, że tamtej cukierni od dawna nie ma i prawdopodobnie przepis się nie zachował, skoro nikt buzy nie robi. Jednak, pomimo tego nie umiałam zapomnieć o buzie. Dziś, w dobie wszechobecnego internetu odnalezienie przepisu na buzę nie jest takie trudne. Przyznam jednak, że jeszcze ze trzy lata temu googlowa wyszukiwarka na hasło "buza" odpowiadała: "podana fraza nie zostala odnaleziona". Ale się jednak doczekałam. O buzie zrobiło się znowu gwarno. Ktoś coś powiedzial, ktoś inny sobie przypomniał... I slusznie, bo trzeba sięgać do korzeni i czerpać z tego, co dobre.
Wracając jednak do tematu, udało mi się zaleźć przepis na ten musujący płyn. Najpierw jeden, a po dluższym czasie kolejne. Prześledziłam je z każdej strony i postanowiłam spróbować wytworzyć ten specyfik. Skorzystalam z tego oraz tego przepisu. Połączylam je trochę ze sobą i wyszło mi coś. Najgorsze w tym calym tworzeniu buzy było gotowanie kaszy, bo kasza, jak to kasza lubi się przypalać. Jakoś jednak poszło. Gotowy płyn poprzelewałam do patentowych butelek i zostawiłam, żeby się wszystko "przegryzło".
Zostawiłam, a jakże, ale nie na dobę, jak powinnam była zrobić, ale na dwie i to jeszcze w te ostatnie upały. No i mi zbuzowało. Jedna z butelek pod ciśnieniem poszła w powietrze. Dobrze, że nikogo nie było blisko skrzynki z butelkami, bo mogło się to skończyć nieciekawie. I dobrze, że mi dziury w suficie nie wyrwało, bo plamy i szkło były wszędzie.
No cóż moja wina, bo powinnam była w odpowiednim momencie wynieść butelki do piwnicy, ale zawsze mądry Polak po szkodzie. 

Niemniej jednak buza wyszła bardzo dobra. Wyjęta prosto z lodówki momentalnie gasi pragnienie. Jest wedlug mnie znacznie lepsza niż te wszelkie sklepowe napoje gazowane i jest przede wszystkim zdrowsza. Zawiera witaminy A, B, C, E oraz żelazo i pozytywnie wpływa na pracę organizmu. Niestety, ma pewien mały minus (albo i nie:) ), otóż tak buzując trafia całkiem nieźle w głowę. Niby nic, ale jednak ma niewielką zawartość alkoholu. No cóż, taki urok buzy...


Więc, jeśli smakuje Wam kwas chlebowy, to myślę, że i buzę polubicie. Oczywiście z kawałkiem chałwy, jak w dawnej białostockiej "Buznie", o której mówiła babcia.

Ania

30 czerwca 2013

Tak pięknie wokół

Dziś kończy się nam czerwiec, a wraz z nim pierwsze półrocze. Za nami piękne, kwitnące i wiosenne miesiące, a przed nami czas kolorowych i wesołych wakacji. Dla wielu czas poznawania nowych ludzi i nowych miejsc. Kto wie, może i ja gdzieś wyruszę przed siebie, z Kandem i wyszywanką oczywiście.

Dziś jednak chcę pokazać kilka zdjęć zrobionych wokół miejsca w którym żyję. Pierwsze z nich to góra w Sowlanach. Kiedyś, ktoś rozmawiajac ze mną określił to wzniesienie jako Górę Popiołową. W sumie nie pytałam skąd wziął taką nazwę, ale jak ostatnio na nią weszłam wszystko wydało się być jasne. Rzeczywiście, ziemia pod nogami jest jak popiół. Dodatkowe potwierdzenie dała Wikipedia określając to wzniesienie jako nasyp zrobiony z odpadów paleniskowych elektrociepłowni, czyli po prostu-  popiołu i żużlu. Tak czy inaczej widok z niej robi wrażenie. Żeby nie było, niej ona jakaś wielce wysoka- to nie są Tatry. Po prostu wznosi się ponad miastem i wsią. Z tego co wiem, jest chętnie odwiedzana przez rowerzystów crossowych, którzy mają tam pewne pole do popisu. Dla mnie jednak wystarczają spokojne spacerki wydeptanymi scieżkami, pomiędzy dziko rosnącymi śliwami i gruszami.









Drugim miejscem, które na mnie i nie tylko, robi ogromne wrażenie jest nieczynna już Żwirownia w Ogrodniczkach. Choć to też miejsce powstałe w wyniku eksploatacyjnej działalności człowieka, uważam, że jest piękne i bardzo tajemnicze. Widok ze szczytów jest po prostu nieziemski. Do tego zachodzące miękko słońce, które rozświetla cudnie to miejsce. Lubię tu przebywać. A co ja tu będę gadała, zobaczcie:





I na zakończenie niestrudzony towarzysz moich wypraw. Choć tym razem już odpoczywający po spacerze.

Na zakończenie życzę udanych wędrówek, tych małych i dużych. I zachęcam serdecznie do tych kilkugodzinnych wypadów za miasto, bo warto poznać nowe miejsca, które są tak blisko nas.
Ania

25 czerwca 2013

Porządki

Tego posta miałam pisać jakieś dwa miesiące temu, ale zabrakło mi ochoty. Prawdę mówiąc, to dziś jest mało lepiej, ale mimo to pokażę Wam, jak uporządkowałam niteczki do haftowania. Dotychczas mulinę miałam nakręconą na papierowe bobinki. Niestety, one się jednak szybko zużywają. Dlatego postanowiłam zainwestować w plastikowe "szpulki", żeby były bardziej trwałe.


Po zamówieniu bobinek, stworzyłam tabelkę w Exelu z numeracją muliny. Ponieważ, w zasadzie wyszywam tylko naszą polską Ariadną- wspierając tym samym rodzimy przemysł i własną kieszeń, tabelka zawierała numerację nową i przyporządkowaną do niej starą. Potem nastąpiło żmudne wycinanie samoprzylepnych mikrokarteczek, naklejanie na szpuleczki i przewijanie nici z tekturki na plastik. Dobrze, że na ten pomysł wpadłam, kiedy za oknem leżała gruba warstwa śniegu i można było to robić długo, bez pospiechu i mechanicznie. Bez poczucia marnowania cennego czasu.
 

W sumie poprzewijałam całkiem sporo metrów tych nici i to ręcznie. Po głowie chodził mi zakup nawijarki do bobinek, ale poradziłam sobie bez niej. Co do porządkowania muliny myślę, że było warto. Posegregowałam ją numerami w drewnianej skrzyni (która zresztą miałam kiedyś podekupażować), by w razie potrzeby była łatwa do odnalezienia. I bardzo szybko okazało się, że moja praca nie poszła na marne, bo mama haftujac kolejny obrazek, bardzo sobie chwaliła przejrzystość i dostępność nici. A zwłaszcza to, że końcówki nici, które się może jeszcze przydadzą, można z łatwością zakręcić na bobinkach. I nic się nie wala, nie plącze i nie miesza.



Cała paleta barw:)



Muszę przyznać, że poukładana mulina daje bardzo pozytywne wrażenie. To przechodzenie odcieni, pokazuje jak wiele kolorów jest wokół nas.
Mając całkiem sporą kolekcję nici mam plan zrobienia wzornika Ariadny. Po pierwsze dlatego, że jest o niego bardzo trudno. Po drugie dlatego, że jak jest, to jest bardzo drogi i po trzecie, dlatego, że głupio byłoby nie wykorzystać tego co już mam. Zresztą widziałam na blogach, że takie wzorniki panie już robiły, z tą różnicą, że dla nici DMC.
Za mną taki wzornik chodził od dawna, a właściwie, od paru lat- kiedy zobaczyłam wyszyty w ten sposób kuferek na nici gdzieś w internecie. Muszę przyznać, ze wzorniki to doskonali pomocnicy przy wyszywaniu. Ja kiedy wyszywam, często zamieniam jeden odcień nici na inny i w takiej sytuacji, dobrze jest się do czegoś odnieść. Mam co prawda papierowy wzornik DMC, ale do szczęścia brakuje mi jeszcze haftowanego Ariadny. Dlatego wyszyję takie cudeńko, choć- nie śmiejcie się- nie wiem kiedy :)

Pa, pa
Ania